Przepraszam, że ja na tak krótko, ale jestem w przedświątecznym biegu. Kilka uwag i sprostowań:
- nie irytować mi się tu, ze ktoś bierze pieniądze od państwa za wychowywanie dzieci; to kwota przeciętnie 413 PLN/m-c. Wyższa jest wtedy, gdy dziecko ma specjalne potrzeby - jest chore, przyjmuje drogie leki, trzeba je wozić 4 razy w tygodniu na rehabilitację. Często mamy zastępcze nie mogą pracować, bo się z dzieckiem po prostu nie da. Do żłobka oddać nie wolno, a do przedszkola - też nie zawsze sąd pozwala. Poza tym jakbyście wiedzieli, ile kosztuje normalnie miesięczne utrzymanie dziecka... i to takiego, które w każdej chwili może zostać Ci odebrane, nie musi z Tobą już nigdy utrzymywać kontaktu, za to jego biologiczna rodzina wie, gdzie ono jest i ma prawo je odwiedzać. Niesamowite koszty wewnętrzne. R. zastępcza to nie adopcja!
- co do akcji dot. rodzinych DDz w W-wie, to jestem załamana. Wogóle akcje to rzecz niebezpieczna, co właśnie widać. Na rozgłoszenie tego, plakaty i media poszła kupa szmalu, ale nikt nie mówi, że powiat, który ma się tym zajmować, ma tylko 2 (słownie "dwa") miejsca na te domy. Czyli zamiast dać pieniądze tym, którzy są już psychicznie przygotowani, tylko ich nie stać finansowo na poprowadzenie takiego domu, miasto robi szumne akcje dla pozyskania dwóch rodzin!!! Nóż mi się w kieszeni otwiera! Poza tym to znów gra na emocjach - dzwonią do nas tłumy osób z zaburzeniami, staruszek po 60-tce i żon alkoholików, osób samotnych, niespełnionych - a gdy mówimy, ze niestety nie da rady, nie o to chodzi w Rodzinnych DDz i w dobru dzieci, to robią nam awantury, że one chcą pomóc biednym, małym sierotkom, a my nie chcemy dać im kilkorga maluszków. To przez nas DDz są pełne! Przecież ona z chęcią by się zajęła, pomogła! Mąż pije, syn w więzieniu, wnuki odchowane - to teraz czas na zrobienie czegoś dla dzieciaków z DDz.
A drugi motyw, to sfera finansowa. Większość osób w pierwszym zdaniu pyta, jakie mieszkanie, lub jaki dom dostaną, jeśli podejmą się tej funkcji. Jak mówimy, że my domów nie rozdajemy, czują się oszukiwani, wmanewrowani, bo przecież było mówione... bo to dla nich jedyna szansa na własny kąt... bo na pewno te mieszkania z przydziału to sobie panie same na lewo załatwiły... Zgroza.
Pomóc rodzinnym DDz się przyda, byleby nie ingerować w ich życie, a pomagać. Tylko najpierw ustalić proszę, co rzeczywiście jest potrzebne, a nie walić wory maskotek dla dzieci, które nie powinny z powodów rozwojowych w ogóle tego tykać, albo przynosić czekolady, gdy połowa dzieciaków ma uczulenie. Poza tym nie warto pomagać komuś przez pół Polski. RDDz są w każdym byłym województwie, prawie w każdym powiecie. Najgorzej jest z nimi niestety właśnie w okolicach stolicy- mało komu zależy na ruszeniu placówkowych DDz. A dobry powiat dba o taki dom, robi kontrole, prowadzący muszą prowadzić także pełną dokumentację księgową - na co ile kiedy poszło i jak zostało zużyte.
Olga - nie wiem, o którym Ośrodku Adopcyjnym piszesz, bo na terenie całego kraju jest ich multum. (Jeśli chodzi o Bielsko-bialski, to jest chryja, bo zawłaszczył sobie wizerunek dziewczynki, reklamujący całą akcję, od Ośrodka bodajże z Łodzi, z pominięciem praw autorskich). Osobiście polecam katolickie - są najbardziej rzetelne. I z reguły bardziej dbają o dobro dzieci, niż o podlizanie się ewentualnym rodzicom. Jeśli jakiś OAO szkoli dopiero od 2000 r., to radzę go dobrze sprawdzić. Poza tym radzę też wybrać inny program, niż PRIDE - ten jest z USA i to z lat 70-tych, w wielu miejscach nieprzystosowany do polskich realiów, co wychodzi bokiem po latach.
ali zawodowa